czwartek, 30 maja 2013

"Triumf owiec"

To jest druga część "Sprawiedliwości owiec" (nie mylić z "Milczeniem owiec"...). Akcja dzieje się we Francji, na pastwisku, obok którego pasie się stado kóz. Kozy są postrzegane przez owce jako dziwne i zwariowane. W pobliżu jest las, a w nim...czai się złowrogi Garou...Na horyzoncie widoczny jest zamek, w którym niegdyś mieścił się zakład dla obłąkanych...Na pastwisku stoi zabytkowa szafa (pochodząca z zamku), z której, według jednej z kóz wychodzi zło...Owce mają nową pasterkę i przebywają w Europie zgodnie z testamentem ich poprzedniego pasterza. Jak pamiętacie, znalezionego na łące z wbitym szpadlem w ciało...Oczywiście owce z pomocą kóz rozwikłają zagadkę Garou i szafy. Ach, na pastwisku znajdą też ciało mężczyzny...
zdjęcie nieco podłej jakości - robiłam jej szybko, przed oddaniem książki znajomej
Leonie Swann, Triumf owiec, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2011

niedziela, 14 kwietnia 2013

"Sprawiedliwość owiec"

Właśnie skończyłam po raz drugi "Sprawiedliwość owiec" Leonie Swann. Kupiłam tę książkę w 2007 r., gdy wybieraliśmy się na taki prawdziwy wyjazdowy urlop z wówczas 3-letnim synem (i tylko synem, bo córka nawet w mglistych planach nie była). Wieczorami w Wisełce ją pochłonęłam. Teraz po iluś tam latach wróciłam do niej - i znowu ją pochłonęłam. I - jak to zazwyczaj miewam - za każdym kolejnym przeczytaniem tej samej książki, odkrywam coś nowego. Czyli  - nie było nudy, o nie. Warto ją przeczytać - jest napisana niby z perspektywy stada owiec, które odkrywa, że ich opiekun leży na łące przebity szpadlem...I owce postanawiają odkryć tajemnicę śmierci swojego pasterza. I wiecie co? odkryją, a jakże ! Piszę, że "niby", bo skąd mamy wiedzieć jak postrzegają świat owce:)? Niedawno wyszła druga część tej powieści - nie znam jej, ale planuję w najbliższym czasie ją przeczytać (znajoma obiecała, że pożyczy). Cytatu nie będzie, bo właściwie powinna zacytować całą powieść :)

Leonie Swann, Sprawiedliwość owiec, Wydawnictwo Amber 2006

sobota, 13 kwietnia 2013

Kryminał i rowery - powroty do książek z piwnicznych pudeł

Pora wyjść z zimowej hibernacji. Przez ostatnie pół roku chyba nic nowego nie przeczytałam. Owszem, czytałam, ale książki, które już znam. Taki powrót to tego, co się zna i lubi. A, przeczytałam pożyczone od koleżanki "Trociny" Vargi. Fajna, tylko koniec nieco banalny. Warto było ją przeczytać. Podczas tej nieskończenie długiej zimy wróciłam m.in. do "Trzeciego policjanta" Flanna O'Briena. Taki niby kryminał, bo i zbrodnia jest. Dowiadujemy się o niej już z pierwszego zdania: "Nie wszystkim wiadomo, że zabiłem Phillipa Mathersa, rozwalając mu szczękę szpadlem". (s.7). Ale oprócz zbrodni jest, jak to mawialiśmy kiedyś, będąc nastolatkami "kosmos", czyli: policjanci, których ulubionym zajęciem jest poszukiwanie skradzionych przez siebie rowerów, zapisywanie tajemniczych pomiarów, tworzenie miniaturowych przedmiotów, rozciąganie światła, itp. Można powiedzieć, że początek i końcówka książki są w miarę rzeczywiste i racjonalne, a co pomiędzy to świat w innym wymiarze. Niby rzeczywisty, a jednak nie do końca, z dużą dawką czarnego humoru. Jasne, teraz pewnie pełno podobnych fabuł jest i w filmach i różnych powieściach, a ta została napisana aż w 1940 roku. Lubię raz na parę lat do niej wrócić. A tu jeszcze jeden cytat:
"- Po czym poznaje pan, że ktoś ma we krwi dużo roweru?
- Jeżeli jego procent przekracza pięćdziesiatkę, można to rozpoznać  bezbłędnie po chodzie. Zawsze porusza się prędko, nigdy nie spoczywa, opiera się na wystawionym łokciu o ścianę i stoi tak całą noc w kuchni, zamiast iść do łóżka. Jeżeli zbytnio zwolni lub zatrzyma się na środku drogi, to zwali się jak kłoda i ktoś obcy musi go podnieść i ponownie wprawić w ruch. W taki właśnie nieszczęsny stan wpedałował się listonosz i chyba się już z niego nie wypedałuje.
- Nigdy już  nie będę  jeździć na rowerze - oświadczyłem.
- Trochę jazdy nigdy nie zaszkodzi, człowiek hartuje się i wchłania żelazo. Ale chodzić za daleko, za często i za szybko wcale nie jest bezpiecznie. Nieustanne zderzanie stóp z drogą sprawia, że pewna jej ilość przechodzi w człowieka..." (s. 97-98)



Flann O'Brien, Trzeci policjant, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 1996, s. 7, 97-98

ps. książka wydana w 1996 roku, czyli już za wiekowa, aby na przykład przekazać ją do biblioteki. Nie, żebym chciała się jej pozbyć, ale ze zdziwieniem dowiedziałam się, że można oddawać do biblioteki (miejskiej) książki wydane jedynie po 2000 roku.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Nie mam pomysłu na tytuł, czyli znowu o Fandorinie

Dobra, niezdarnie wygrzebuję się z liści niczym Wiedźma Ple-Ple i przedstawiam "śmiertelną" propozycję na jesienne wieczory. Propozycja ta, to świeżo wydane przez Świat Książki dwie kolejne powieści Borisa Akunina o przygodach Fandorina. Tak wiem, rymuję :). Tak przedstawiają się owe książeczki:

O czym są?
"Kochanka Śmierci" - akcja dzieje się w ostatnim roku XIX w., czyli w 1900 roku, co nie dla każdego jest logiczne (ech, pamiętam te huczne obchodzenie przez niektórych 2000 roku, jako pierwszego roku nowego millenium i wieku...). Oczywiście, jak większość powieści o Eraście rzecz dzieje się w Moskwie. Pojawiają się nietypowe samobójstwa, o tyle nietypowe, że przy zmarłych zawsze znajduje się wiersz opiewający...śmierć. Narratorem jest dziewczę z Irkucka, które zakochawszy się w pewnym młodzieńcu, udaje się za nim do Moskwy. Tam przybiera imię Kolombina i nawiązuje z młodzieńcem kontakt. Student wprowadza ją do tajnego klubu "kochanków Śmierci". Do niego należeli owi samobójcy  piszący pożegnalne listy miłosne do śmierci. Działalnością klubu interesuje się żywo niezrównany detektyw Erast Fandorin i jego przyjaciel - sługa japoński Masa...
"Kochanek Śmierci" - tu akcja dzieje się równolegle do "Kochanki Śmierci", również w Moskwie,  tym, że w przestępczej dzielnicy Chitrówce. Narratorem jest młody chłopak, który zboczył nieco z drogi prawości i uczciwości, zadając się z przestępcami. Na Chitrówce rozgrywa się pojedynek pomiędzy przestępcami aspirującymi do królowania w lokalnym świecie przestępczym. Młody chłopak - Sieńka przyłącza się do jednego z nich, nie jest to prosta sprawa, korzysta z pomocy many (czyli kobiety) jednego z nich. Owa kobieta nosi przydomek "Śmierć", gdyż wybrańcy jej serca...umierają... A na Chitrówce zaczyna grasować wyjątkowo bezwzględny morderca...Erast, przygotowując się do pobijania rekordu prędkości w skonstruowanym przez siebie wehikule, oczywiście dyskretnie wkracza do akcji...

Czy warto poświęcić czas i przeczytać te powieści?
 Uważam, że warto. Ale mnie nie wierzcie, gdyż chyba zadurzyłam się w Fandorinie ;) W "Kochanku Śmierci" ujawnił kolejną swoją zaletę: zmysł techniczny :)
 O przygodach idealnego detektywa pisałam tutu i jeszcze tu.

ps.  "Radcy prawnego" nadal nie przeczytałam, buuu


Boris Akunin, Kochanka Śmierci, Świat Książki, Warszawa 2012
Boris Akunin, Kochanek Śmierci, Świat Książki, Warszawa 2012

poniedziałek, 8 października 2012

Jesienne impresje

Bardzo lubię prozę Hermanna Hesse, podoba mi się też jego postawa życiowa. Wiersze niekoniecznie. Nie wiem czy to wina przekładu (bo wydaje mi się, że dobry przekład to niemal praca równorzędna z tworzeniem dzieła), czy po prostu nie dojrzałam do nich.  Kiedyś planuję napisać nieco więcej o Nim. Mam w domu zbiór fragmentów opowiadań, wspomnień oraz wierszy Hermanna, poświęconych przemijaniu, ale przyznam, że najchętniej oglądam jego zdjęcia :) Miły, spokojny, mądry, starszy pan wyziera z tych fotografii. 


Dzisiaj znowu do tej książki zajrzałam, bo od paru dni (może to za sprawą fenu wiejącego od Karkonoszy?) myślę o jesieni i umieraniu. I znalazłam w niej to, co chciałam:

 "...Jak miłe ciepło lasu przyczaiło się zlęknione pod akacjami, kasztanami i olchami, a las bronił lato przed nieuchronną śmiercią! Tak broni się człowiek dobiegający wieku schyłku lata: broni się przed więdnięciem i umieraniem, przed naporem chłodu otoczenia, chłodu własnej krwi. Ze świeżym zaangażowaniem poddaje się igraszkom i muzyce życia, tysiącowi uroków powierzchni istnienia, kruchym fontannom barw, mknącym cieniom chmur, z radością i lekiem czepia się rzeczy nienajtrwalszych, przygląda się ich przemijaniu, czerpiąc z tego strach i pociechę, i z drżeniem uczy się tajników sztuki zgody na śmierć. Tu przebiega granica między młodością a starością..."

Cytat ten pochodzi utworu pt. "Koniec lata", napisany został przez Hermanna w 1926 roku, znajduje się w powyższym zbiorze, s. 11-12.


Z jesiennym umieraniem przyrody kojarzy mi się również twórczość (zdaje się, że nadal jednopłytowa: "Symphonic Holocaust" z 1998 roku) formacji muzycznej Morte Macabre, a najbardziej jesienny - usypiający utwór to cover tytułowego utworu autorstwa Krzysztofa Komedy z filmu "Dziecko Rosemary", czyli...kołysanka :) 

Beztroskiej hibernacji życzę :)


Hermann Hesse, Koniec lata, s. 11-12 [w:] Im dojrzalsi, tym młodsi. Refleksje i wiersze o starości, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000

poniedziałek, 17 września 2012

Akunina ciąg dalszy

W trakcie sierpniowego pobytu w naszym starym domu, pochłonęłam dwie kolejne powieści o przygodach Erasta Fandorina. Proszę, tu zdjęcie:


Może najpierw rozprawię się z "Dekoratorem". Akcja powieści rozgrywa się w Moskwie u schyłku lat 80-tych XIX w., Fandorin jest znanym i uznanym detektywem, jego pomocnikiem, oprócz japońskiego przyjaciela Masy, jest młody kancelista Anisij Tulipanow. Policja znajduje zmasakrowane zwłoki kobiety, jak się okazuje, w ciągu ostatniego czasu, kilka osób w Moskwie zostało w podobny sposób pozbawionych życia... Do akcji wkracza nasz detektyw, wskazuje na podobieństwo tych mordów do "dzieł" Kuby Rozpruwacza w Londynie. I akcja dalej się toczy...Jak zwykle, podczas czytania, przychodzą do głowy kandydatury na mordercę :) Mimo wszystko książkę czyta się szybko, lekko. Przypomina mi jednak jedną, nie pamiętam w tej chwili którą, z ostatnich powieści Marka Krajewskiego (podobieństwo spotęgowane jest tym,że akcja przeplatana jest zapiskami psychopatycznego mordercy, Krajewski stosuje czasami podobny zabieg). Ale "Dekorator" został napisany przez Akunina bodajże w 1999 roku.
"Koronacja" to dla mnie jedna z lepszych powieści o przygodach pięknego i mądrego Erasta. Akcja zgrabnie osadzona w realiach historycznych (Moskwa, koronacja Mikołaja II), dotyczy rodziny carskiej. Kilkuletni bratanek przyszłego cara zostaje porwany, porywacz - znany skądinąd Fandorinowi - tzw. doktor Linde żąda w zamian za dziecko najpiękniejszych klejnotów od małżonki cara oraz insygniów władzy   (brylant osadzony w carskim berle)...A doktor Linde znany jest ze swego okrucieństwa wobec ofiar...Narratorem powieści jest majordomus carskiego brata, ojca porwanego dziecka, Afanasij Ziukin. Czyta się jednym tchem, oczywiście i tym razem, w trakcie czytania, pojawiają się w głowie kandydatury na złego doktora, jednak finał zaskakuje...Ach, nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła swoich trzech groszy: porwane dziecko ma 4 lata i waży 10 kg (sic!). To zdecydowanie za niska waga dla 4-latka, zakładając, że jako członek carskiej rodziny, nie był mocno niedożywiony :)

Gorrąco polecam do poczytania w jesienne wieczory na kanapie przy kubku dobrej herbaty :)

Do przeczytania pozostała mi jedna powieść o Fandorinie pt. "Radca stanu"
O przygodach rosyjskiego detektywa pisałam tu i tu

Boris Akunin, Dekorator, Świat Książki, Warszawa 2011
Boris Akunin, Koronacja, Świat Książki, Warszawa 2012

sobota, 8 września 2012

"Sztuka prostoty" Dominique Loreau




Słysząc, a właściwie czytając na innym blogu (o tu) o tej książce, zapragnęłam ją przeczytać. Okazało się, że moja przyjaciółka ma ją i właśnie niedawno skończyłam ją czytać. Motto przyświecające książce to "mniej znaczy więcej", autorka stara się ideę tę przenieść na wszystkie niemal aspekty życia. Książka jest podzielona na 3 większe rozdziały (składające się z podrozdziałów i podrozdzialików): materializm i minimalizm, ciało  i umysł. Skierowana jest, siłą rzeczy (Dominique to kobieta, Francuzka mieszkająca wiele lat w Japonii), do kobiet (np. rady dotyczące ubioru, torebki, pielęgnacji ciała), ale większość zaleceń autorki jest uniwersalna. Właśnie, zaleceń, bo to książka w stylu poradnika. Autorka radzi jak dbać o skórę, włosy, paznokcie czy jakie ubrania nosić (Dominique wskazuje kilka kolorów: czarny, biały i chyba odcienie szarości, jaką torebkę, etc.). Tym radom przyświeca jedna idea "mniej znaczy więcej" i to jest ok. Loreau radzi praktykowanie co jakiś czas głodówek, oczyszczanie organizmu, itp. Nie wszystkie wskazówki do mnie przemawiają (np. wystrój domu, czy noszenie określonej torebki, albo stosowanie głodówek), więcej ciekawych dla mnie przemyśleń znajduje się w części "Materializm i minimalizm". Gdy słyszę czy widzę hasło "minimalista" to pierwsze skojarzenie: hipster z wyliczoną ściśle listą posiadanych przedmiotów, oczywiście takich z górnej półki (elektroniczne gadżety, itp), a wydaje mi się, że jest to wtórne skojarzenie (jakoś chyba zbyt wiele osób odbieram jako pozerów). Pierwotnie to, wg moich wyobrażeń, osoba, która obywa się bez  wielu przedmiotów w swoim otoczeniu (zbędnych w codziennym życiu), nie pragnie mieć ich więcej. Żyje prosto i skromnie, to jest jej wybór, żyje świadomie, dokonuje świadomych przemyślanych wyborów (tych zakupowych także!), maksymalnie samowystarczalnie (od drobnych napraw w domu po uprawę warzyw czy ziół), zachowująca dziecięcą ciekawość świata. Coś jakby pośredniego między zwykłym śmiertelnikiem a mędrcem, czy pustelnikiem (wg stanu posiadania oraz odporności na pokusy ze świata reklamy), ktoś taki jak np. Hermann Hesse (aż dziwne, że autorka nie przytoczyła żadnego cytatu z jego dzieł, za to pojawił się cytat z Henry'ego Millera, który w okresie życia w Big Sur był chyba najprawdziwszym minimalistą). Z tej książki wyziera to pierwotne, zbliżone do mojego, określenie minimalisty i minimalizmu. Ale jest jedna rzecz, która mi do tego nie przystaje: autorka zachęca do kupowania rzeczy drugich, luksusowych, z górnej półki. To dla mnie zgrzyt. Owszem, zauważyłam już w życiu swoim, że czasem kupno sandałów za kilkaset złotych jest bardziej opłacalne niż za kilkadziesiąt złotych (te droższe służą już 4 lata i ich cena relatywnie do czasu użytkowania robi się coraz niższa, tańszym zdarza się nie dotrwać do drugiego sezonu, ale to nie reguła!), ale drogich bibelotów nie zamierzam kupować (to dopiero tworzy przywiązanie do przedmiotu!), ani nosić szalów z paszminy (miałam kiedyś, dziękuję, tkanina nie dla mnie).  Loreau pisze też o medytacji - chciałabym kiedyś tego spróbować, żeby wyrobić choćby sobie zdanie. I brakuje mi rozdziału  typu: minimalizm a rodzina. Ogólnie: książka warta przeczytania. Ale jak to z poradnikami bywa: należy wybrać dla siebie to, co nam pasuje, czyli odsiać dla siebie ziarenka od plew.
Na koniec krótki cytacik, coś o czym często zapominamy:

"...Bieda nie jest równoznaczna z brakiem pieniędzy. Oznacza także brak wartości humanistycznych, duchowych, intelektualnych. Pomagać innym to nie chwalić się swoimi bogactwami, to żyć skromnie i szanować każde ludzkie istnienie bez jego osądzania. To także postępować w taki sposób, że drugi człowiek nie odczuwa zazdrości, rozgoryczenia czy zawiści..."

p.s.  kiedyś, 10 lat temu, objętość mojej odzieży mieściła się na  jednej półce w szafie, do tego 1-2 kurtki, 2 pary butów, 2 torby. Obecnie dążę do zbliżonych proporcji (ale rzeczy będzie nieco więcej z racji zwiększenia liczby funkcji, jakie pełnię w społeczeństwie: matka, żona, pracownik, kiedyś tylko studentka...). A jak jest  z tym u Was?


Dominique Loreau, Sztuka prostoty, Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2008, s. 212,